Na pływalni u Małego Kozła – 1959r

iplywamy 12:52

Na pływalni u Małego Kozła – 1959r

Na pływalni u Małego Kozła - 1959r

Było w Warszawie trzech wodniaków braci Kozłowskich. Najstarszy z nich — Aleksander, był właścicielem dużej krypy-plywalni, nazywanej popularnie „omnibusem”. Młodszy brat Aleksandra — Tadeusz, był właścicielem małej krypy-pływalni, nazywanej popularnie „U Małego Kozła” lub „U Bośka”. Najmłodszy z braci Kozłowskich miał na imię Bogusław. a nazywaliśmy go nie inaczej, jak Bosiek. Kozłowski bardzo nie – lubił, jak się do niego zwracano per „Bogusław” lub „Panie Bogusławie”. Zaznaczał wówczas, że sam zbyt dobrze pamięta o tym, że ma imię takie jakieś „nadęte”, nie „nadwiślańskie”.

Tadeusz Kozłowski, właściciel malej krypy, „profesor pływania”, traktował chłopców odwiedzających Jego pływalnię nieco z góry, po dyrektorsku. Bardziej uprzejmy był jedynie dla tych, którzy zapisywali się u niego na lekcje pływania. Natomiast Bosiek był całkowicie „swój chłopak”, zżył się ściśle z młodzieżą, był bardzo lubiany i popularny. Dlatego właśnie najczęściej nazywano małą krypę „u Bośka”.

Bosiek był zawsze bez pieniędzy i nie dbał. O nie, szanował również „goliznę” u innych. Pracował on u brata Tadeusza na krypie, w zimie najczęściej zajmował się naprawą dzwonków i światła w mieszkaniach znajomych. Czynności te wykonywał z dużym zamiłowaniem, ale za to bez większej znajomości rzeczy.

Na pływalni u Małego Kozła - 1959r

Do obowiązków Bośka na pływalni należało „trzymanie porządku” na krypie oraz nauka pływania w zastępstwie „profesora Kozłowskiego”. Nauka ta polegała na trzymaniu kija z szelkami, w które  omotany był początkujący adept sztuki pływania. Śmianie się z faceta, który pil wiślaną wodę ponad zwyczajową miarę, należało do złego tonu i takich, jeśli się znaleźli, Bosiek karcił ostro, bez względu na powagę osoby lub nazwiska. Każdy z bywalców krypy z pewnością pamięta monotonny głos Bośka skandującego początkującemu pływakowi tempo ruchów w wodzie: „raz, duuu-waa, trzyyyy, raz, duuu-waa, trzyyy…”. Jak skandowanie cichło, zazwyczaj kij z szelkami opuszczał się niżej, a znad wody dobiegały wówczas wiele mówiące parskania, bulgotanie, prychanie i temu podobne dźwięki, świadczące aż nadto dobitnie, że klient puszczony na chwilę samopas pije wodę łapczywie i ponad miarę, z czego wynika, że nie dojrzał jeszcze do samodzielności w wodzie i wobec tego należy go ponownie podnieść na kiju i prowadzić nadal po basenie, skandując rytm i kolejność ruchów. Widowisko to było zwykle dość zabawne, tak że dookoła baseniku skupiało sporą gromadkę widzów.

Różnorakie obowiązki Bośka na krypie polegały nadto na wypompowywaniu wody z drewnianych, przeciekających pływaków krypy. Była to praca dość ciężka. Niejednokrotnie pomagaliśmy Bośkowi w tych obowiązkach, za co był bardzo wdzięczny.

Krypa-pływalnia Tadeusza Kozłowskiego — typowego nadwiślańskiego wodniaka — zamocowana była zawsze przy prawym brzegu Wisły, pomiędzy mostem Poniatowskiego i kolejowym, zwykle w tym miejscu, gdzie rzeka łączyła się z łachą. Jak woda była bardzo niska, przeciągano pływalnię na nurt.

Na pływalni u Małego Kozła - 1959r

W późniejszych czasach głębiej na łasze stała pływalnia innego wodniaka — Kossakowskiego. Nazywano ją krypą „wioślarską”, gdyż zbierali się tam przeważnie amatorzy wiosła zaprawiając się w sztuce pływania.

Jeszcze głębiej na łasze stała trzecia krypa pływacka „profesora gimnastyki” Rodziewicza, który w jesieni i w zimie prowadził salę gimnastyczną na Lesznie, na wprost Orlej. W późniejszym czasie, jak się Rodziewicz zestarzał, gospodarstwo pływalni na łasze przejął Wacek Nowiński, który ożenił się z córką Rodziewicza i krypę otrzymał w posagu.

Pływalnie ustawiano na łasze ze względu na brak prądu, co bardzo ułatwiało treningi. Były to pływalnie o charakterze sportowym, tutaj wyłaniały się pierwsze talenty pływackie Warszawy. Tylko w czasie suszy krypy holowano na Wisłę.

Natomiast krypa „Dużego Kozła” — Aleksandra Kozłowskiego, którą nazywano „omnibusem”, była zawsze lokalizowana na samej rzece, pomiędzy mostem kolejowym i mostem Kierbedzia, zwykle na wprost stacji kolejki Jabłonna—Wawer. Z tej krypy, znacznie większej rozmiarami od pozostałych, dobrze było widać charakterystyczną wieżyczkę budynku straży ogniowej przy ulicy Marcinkowskiego i Jagiellońskiej.

Na „omnibusie” nie było tak interesująco, jak u Bośka. Kręciły się tu nierzadko różnego rodzaju podejrzane typy, praskie lowelasy z cynicznymi gębami oraz co zgrabniejsze dziewczynki z Nowego Światu i Chmielnej. Jeśli kogoś ze „swojaków” od Bośka zapędziło na „omnibus”, to z pewnością na romans, zwykle krótkotrwały.

Natomiast u Małego Kozła królował sport bez erotyki, woda, słońce i ruch.

Ruch bywał różny. A więc wielu piłkarzy i lekkoatletów odrabiało swoje dwa-cztery kilometry biegu po krętych ścieżkach zarośniętego wału, urozmaicając nierzadko „galopy” zbieganiem z nasypu i wspinaniem się na jego grzbiet.

Przez długie lata najbardziej wytrwałym w „ganianiu” po wale był Janusz Habich, czołowy czterystumetrowiec okresu 1920— 1925. Zawsze dobierał sobie jakiegoś kumpla i tak długo poganiał go w czasie biegu, aż tamten się „skończył”. Najczęściej usiłował galopować z Habichem pomocnik rezerwowej Polonii — Zdzisio Korngold, który jednak nie wytrzymywał tempa kolegi i krzycząc: „Janusz, nie pędź tak, serce mi się męczy”, pozostawał w tyle. Tylko od Stefana Lotha Januszek nie mógł się oderwać, no bo naszego kochanego „staruszka” nie potrafiły zmęczyć na boisku napady najsilniejszych nawet drużyn zagranicznych.

Habich był przez długi czas ważną osobą na krypie. Miał na pływalni pantofle z kolcami, dysk i kulę. Dyskiem rzucał nieźle, trenował zapamiętale. Był mocny jak tur i nieprawdopodobnie ambitny. Wiele razy przerywał taśmę w biegu na 400 metrów i walił się zemdlony na ziemię. W pół godziny później mógł już startować do następnego biegu i czasem tak się zdarzało.

Wśród zapaśników trenujących na pobliskim piasku dominował Miazio. Walczył ładnie i dobrze technicznie, ale był nieco za lekki na zawodowca, dlatego w turniejach nie miał zbyt wielkich sukcesów.

Pewnego razu krypa szalała podniecona sensacją — Habich położył Miazia.

Zawodowy atleta trenował tego popołudnia z kilkoma przygodnymi amatorami walki francuskiej, kładąc ich kolejno na piasek. Koledzy podbechtali ambitnego Habicha, żeby spróbował się z Miaziem, który był nieco wypompowany. Walka nie trwała długo. Sprytny Januszek niespodziewanie chwycił przeciwnika oburącz za głowę, przygiął się w kolanach, przerzucił Miazia przez siebie, błyskawicznie się odwrócił i przytrzymał go chwilę na miękkim, sypkim piasku. Uciechy, śmiechu i dowcipów było co niemiara („Janusz, nadajesz się do cyrku”), a Habich przez wiele dni z dumą obnosił swój potężny tors po krypie i okolicy. Dotychczasowe bowiem jego sukcesy „atletyczne” na plaży polegały głównie na zapaśniczym baraszkowaniu się z Fredkiem Melodystą, utalentowanym, wysoce muzykalnym wiolonczelistą i gitarzystą.

Najważniejsi jednak na krypie byli pływacy. Mieli swoje kółko i swoje „szepty”. Właściwie tylko tolerowali sportowców 2 innych dziedzin. Tamci bowiem przychodzili raczej dla odpoczynku, oni natomiast tutaj trenowali. Żadnej innej pływalni sportowej w tych czasach w Warszawie nie było.

Krypa „Małego Kozia” niejednego chłopaka i dziewczynę zachęciła do sportu pływackiego. Mistrzynię Polski Trattową z KS Polonii oraz jej mężaa znali wówczas wszyscy „wiślacy” i sportowcy. Bardzo dobrą lokatę pływacką miał Henio Eisenbett* który u „Bośka” zaczął skakać do Wisły, a po kilku latach zdobył tytuł mistrza Warszawy i Polski w skokach z 10-metrowej wieży. Bił go nieco później tylko Witold Hulanicki z AZS-u. mistrz Polski, który takie trenował skoki z dachu krypy.

W kilka lat później oglądałem na krypie młode pokolenie stołecznych pływaków — Elżunię Medresównę, mistrzynię Warszawy na 100 metrów crawlem (siostra generała Wiktora Medresa-Grosza), Marysię Tyrmundównę — mistrzynię Warszawy w skokach z wieży (siostra piłkarza KS Warszawianki „Wujka” — Tyrmunda) i wiele, wiele innych dziewcząt i chłopców. Niejednokrotnie z przerażeniem i zachwytem patrzyłem, jak przy wysokiej wodzie na Wiśle, chłopcy i dziewczęta wdra¬pywali się na dach krypy, aby stąd skakać do wody.

Każda część krypy Bośka i „okolicznych terenów” miała swych „ważniaków”. Na dachu krypy rej wodził Henio Eisenbett i Tyr mundówna, w wodzie Tratt, Jurkowski, Hig, Trattowa i Medresówna, na pobliskiej „z piasku arenie” puszył się Miazio, na wale i przyokolicznych ścieżkach bezkonkurencyjny był Habich.

Na deskach przy basenie lub przy schodkach spadających bezpośrednio na nurt, walka o „pozycję” była najzaciętsza i ciągle bez rezultatu. Tutaj notowano tylko „bohaterów dnia”, co dzień innych. Często popisywał się Habich nad basenem lub na skraju krypy — nosząc na głowie i na barkach filigranową ładniutką baletniczkę Janeczkę Kozłowską. Scenę tę zazdrosnym okiem obserwował znakomity artysta operetki Ludwik Sempoliński.

Długi czas głównym tematem rozmów na krypie były nie kończące się mecze Habich-Eisenbett, polegające na niespodziewanym wrzucaniu do wody. Mecze połączone były z czajeniem się, wywiadami u krypowej Maryśki lub Bośka czy „wróg” już jest, obserwowaniem przeciwnika z ukrycia, podchodzeniem konkurenta za osłoną spacerującego grubasa itp. figle.

Na miano „odważnego wariata” w pełni zasłużył sobie Dodek Dymsza, zdobywając popularność wśród stałych bywalców krypy swymi nurkami na pełną Wisłę. Dodek, nie umiejący zupełnie pływać, potrafił znakomicie obliczyć dystans pod wodą — zawsze wyskoczył we właściwym miejscu, tuż przed drewnianymi pływakami. Razu pewnego, jak woda go zniosła pod krypę, także się wygramolił stamtąd o własnych siłach, oszałamiając tym nieprzeciętnym wyczynem bywalców pływalni i przygodnych gości.

Postacią zupełnie specjalną, bywalcem niezawodnym, po prostu banderą pływalni Bośka był chudy, długonogi, jasnowłosy… Kuba Szwarc. Miał bodajże trzy podstawo-we zajęcia w życiu — chodzenie na plażę, wyprowadzanie psa wilka na spacer lub na pływalnię i palenie cygara. W niedzielę na pewno obserwował mecz piłkarski.

Kuba był silny i odważny, nie gardził awanturami z potyczką na pięści, bez rzucania butelkami, i obrazowo opowiadał o swoich sukcesach i porażkach. Był bardzo sympatyczny, uczynny i koleżeński.

Ile razy wchodzę na jakąś większą wiślaną krypę lub barkę i stąpam po wąskich deseczkach pokładu, wydaje mi się, że za chwilę wyłoni się gdzieś z boku koścista postać Kuby trzymającego cygaro w palcach i usłyszę jego tubalny baryton:

— Melduję, że jestem, że jest słońce i ciepło, że woda specjalnie dzisiaj nagrzana dla mistrza. Co słychać?

Odwrotną postacią Kuby Szwarca — jak się ktoś wyraził — był grubas Maik Nowiński, korespondent „Chicago Tribune”. Nowiński był dość nerwowy, nie można powiedzieć, żeby specjalnie odważny, lubił słońce, nie znosił wody. chyba w szklance jako dodatek do whisky i także miał psa wilka, z którym – często przychodził na pływalnię.

Maik nie lubił Kuby, który nierzadko głośno pokpiwał ze słabostek Nowińskiego, nie bardzo szanując zdolności dziennikarskie zamorskiego korespondenta.

Tę niechęć zapewne wyczuwały pieski. Razu pewnego, po bardziej ostrej utarczce słownej swych panów, psy zaczęły głośniej warczeć, a zachęcone donośnym „bierz go44 – przechodzącego przyjemniaczka, rzuciły się na siebie.

Na krypie rozpoczął się interesujący kontredans dwóch silnie sczepionych ze sobą rozeźlonych wilków. Sytuacja wyglądała groź¬ nie, głos ludzki już nie działał na rozżarte bestie, które kaleczyły się coraz to sprawniej.

Kuba Szwarc stał z boku, z charakterystycznie zmarszczonym czołem, wyraźnie zdesperowany. Wyglądał jak posąg boleści. Maik natomiast udawał obojętnego, ale oczy żarzyły mu się żądzą walki i pognębienia przeciwnika, do którego miał ansę. Kilkakrotnie zachęcał swego psa do ostrzejszego ataku.

Nagle i niespodziewanie poderwał się z desek bodajże Bodo i jednym potężnym pchnięciem zrzucił walczące zwierzęta do Wisły. Oczywiście w wodzie natychmiast zapanował rozejm, pieski szybko i rytmicznie przebierały nogami usiłując wyjść z nurtu. W sekundę później rozległ się plusk — to Kuba Szwarc skoczył do Wisły, dał głębokiego nurka, kilkunastoma silnymi pchnięciami ramion zbliżył się do swego psa i zaczął go głosem kierować do brzegu. Wylądowali na płyciźnie niemal że razem. To było bardzo ładne. Powrót Kuby na pływalnię nagrodzono mocnymi oklaskami, był to dowód niezwykłego uznania u krypiarzy. Kuba po odsapnięciu siadł obok mnie i oglądał rany na skórze swego wilka.

Chwilę siedział spokojnie, potem zaczął się wiercić, szukając czegoś w woreczku.

— Do licha, nie mam cygara, widocznie skoczyłem z nim do wody, nie ma co palić…

Takim był „lew pływalni Bośka”, czołowa postać warszawskich plaży, jasnowłosy Kuba Szwarc. Nie często można spotkać takiego chłopaka, który był trochę dziwaczny, ale nigdy nikomu nie zrobił krzywdy. Bardzo mi smutno na myśl, że go już nie zobaczę na deskach pływalni „Małego Kozła”, że go nie spotkam na starej kochanej ulicy

*Eisenbett w latach 1922 – 1924 zdobywał kilkakrotnie mistrzostwo Warszawy i Polski w skokach do wody z wieży 10 m. Był ponadto w okresie 1916-1922 jednym z czołowych łyżwiarzy w jeździe figurowej. Zginął w czasie powstania w warszawskim getcie, walcząc jako dowódca oddziału Żydowskiej Organizacji Bojowej.

Fot. archiwum Stolicy

Tadeusz Grabowski

Warszawski Tygodnik Ilustrowany, Stolica, Nr 32, 9 sierpnia 1959r.

Jeden komentarz do “Na pływalni u Małego Kozła – 1959r

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

1 × dwa =