O rozwój piłki wodnej – 1936r

iplywamy 14:05

O rozwój piłki wodnej – 1936r

O rozwój piłki wodnej - 1936r

Piłka wodna w ostatnich latach poczyniła w Polsce znaczne postępy, tak znaczne nawet, że łudziliśmy się, iż zbliżyliśmy się do klasy europejskiej. Mecz z Austrją jednak rozwiał nasze złudzenia zupełnie. Wprawdzie drużyna wiedeńska stanowi dziś w świecie klasę bardzo poważna, jednak różnica poziomu była tak wielka, a zespół nasz tak w wodzie bezradny, iż przekonać się musieliśmy, że jesteśmy po dawnemu w piłce wodnej zerem.

Czemu to przypisać? Początkowo, przez pierwsze lata istnienia pływania sportowego w Polsce nie mieliśmy materjału ludzkiego. Do piłki wodnej brali się pływacy powolni, nieraz nieumiejący dobrze pływać crawlem. Zawodnicy szybsi zaś, którzy poświęcali się pływaniu wyścigowemu, z natury rzeczy musieli trening waterpolowy traktować jako coś ubocznego, czasem nawet zupełnie go nie prowadzili a mecze były ich jedyną zaprawą.

Obecnie jednak czasy się zmieniły. Mamy już cały liczny zastęp emerytowanych pływaków wyścigowych, ludzi, którzy w dalszym ciągu robią setkę około 1:10 — a zatem uzyskują czasy, które najzupełniej wystarczają do tego, by móc grać w najlepszych drużynach świata. Mamy szereg pływaków młodszych, których wyniki równiei wahają się około tej granicy, a którzy widząc, że mistrzami w crawlu już w obecnych warunkach nie będą, poświęcają się w pierwszym rzędzie piłce wodnej, pływanie wyścigowe traktując już 'jako dodatek. Mamy graczy szybkich mamy silnych i ciężkich, mamy względnie rutynowanych, ale drużyny dobrej ani rusz zebrać nie możemy.

Mamy przecież pływalnie i letnie i zimowe, widzieliśmy najlepsze wzory węgierskie, mieliśmy dobrych trenerów — a wynik ostateczny jest mizerny. Jaka więc jest tego przyczyna

Odpowiedź jest dość prosta: za mało gramy. Ściślej mówiąc prawie wcale nie gramy. Latem odbywają się mistrzostwa, i to tylko w wyższych kategorjach. W klasie B i C z reguły mecze o mistrzostwo do skutku nie dochodzą, gdyż klubom nie chce się montować drugich i trzecich drużyn. Meczów towarzyskich niema prawie wcale. Zimą nie gra się zupełnie. A zagranicą? Nasi pogromcy Austrjaccy grają zimą po 3 mecze w tygodniu. Inni postępują podobnie. Sprawa zatem jest jasna.

Lekarstwo na naszą piłkę wodną jest zatem zupełnie proste i co ważniejsze — tanie. Przecież mecz towarzyski między dwiema drużynami lokalnemi, bez publiczności, nie kosztuje dosłownie ani grosza. Potrzeba tylko dobrej woli dwóch klubów. Wystarczy, by zawodnicy zamiast na trening indywidualny każdy o innej porze, przychodzili 2—3 razy w tygodniu razem w liczbie 14-tu, i mecz gotowy. Ustawienie boiska nie jest przecież trudne.

Nie ulega wątpliwości, że 75% naszych niepowodzeń tkwi w braku rutyny meczowej. Nasi waterpoliści bowiem bezwzględnie nie pływają gorzej od graczy zagranicznych. Nie są też od nich słabsi fizycznie. W technice piłki różnica nie jest tak wielka. Cała przepaść jest tylko w zgraniu i orjentacji. Zawodnicy polscy, jak to ostatnio dobitnie widzieliśmy na meczu z Gliwicami, gdy dostaną piłkę do ręki, czy to na obronie czy w napadzie, nie wiedzą dosłownie co z nią robić. Namyślają się zawsze (podkreślam: nie często, ale zawsze), czekają aż przeciwnik zajmie dobrą pozycję, aż się bramkarz naszykuje, i wtedy albo piłkę podają zamiast strzelać, albo strzelają bramkarzowi w ręce. Szybkiej decyzji nie widzi się dosłownie nigdy. Zawodnicy nasi nie rozumieją się wzajemnie, nie wiedzą gdzie się szukać, jak się wzajemnie ustawiać. A ten mankament można naprawić tylko grą, grą stałą, systematyczną, o ile możności w niezmienionych składach. Żaden trening indywidualny, żadna teorja, żadne wprawki nie pomogą. Muszą odbywać się mecze, mecze i jeszcze raz mecze.

Oczywiście program taki, niesłychanie prosty, łatwy i tani, wymaga „oddelegowania” zawodników specjalnie do water-polo, gdyż jasnem jest, że pływak wyścigowy nie może grać ciągle w polo, bowiem wtedy zaniedba swoje pływanie. Kluby muszą zdecydować się na specjalizację.

Skoro jednak kluby same nie chcą tego zrozumieć, i skoro przed meczami ociągają się, unikają ich urządzania, robią je tylko w ostateczności — P. Z. P. musi ten impas przełamać. Widać wyraźnie, że bez interwencji z góry sprawa nie ruszy z martwego punktu. Droga dla PZP. jest dwojaka: zachęta i przymus. Zachęta jest milsza, ale kosztuje (nagrody). Przymus jest mniej miły, ale skuteczniejszy. U naszych sąsiadów sport rozwija się wspaniale, bo czynnik rozkazu i przymusu temu sprzyja. My też możemy sobie na pewien przymus organizacyjny pozwolić. Np. można wydać zarządzenie, iż klub, który nie rozegra tylu a tyla meczów w sezonie nie może grać w mistrzostwach, albo nie dostaje zniżek kolejowych, względnie nie korzysta z innych udogodnień.

Na początek, to znaczy na rok 1936 radziłbym zacząć od zachęty – drogą propagandy i stosowania nagród. Jeśli to nie pomoże — musimy na rok 1937 pomyśleć o przymusie. Inaczej jeszcze przez następne 15 lat będziemy wciąż tak źle grali, jak obecnie.

Tadeusz Semadeni

Sport Wodny, Nr 8, maj 1936r

Jeden komentarz do “O rozwój piłki wodnej – 1936r

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

czternaście − sześć =